sobota, 16 listopada 2013

Zabawa w cienie

Zabawa w cienie

W czasach gdy Mruczozaur był jeszcze w moim brzuszku, prąd mieliśmy tylko przez kilka godzin dziennie i kiedy nadchodził zmierzch trzeba było zapalić świece. Bardzo miło wspominam tamte czasy, kiedy żyliśmy prosto, bardziej zgrani z Naturą.

Mruczka już tego niestety nie pamięta.

Chcąc uprzytomnić dzieciakom, że elektryczność nie jest rzeczą oczywistą (przecież 25% ludzkości jest jej pozbawiona) zakupiłam świece. Naszym codziennym rytuałem jest teraz kończenie dnia przy świetle świecy.

Początki świec są trochę niejasne.

Już 3000 lat przed naszą erą świec używali Egipcjanie, ale twierdzi się, że to Rzymianie wcześniej moczyli papirus w wosku lub łoju. Świece palono też 200 lat przed naszą erą w Chinach, były one wykonane z tłuszczu wielorybów, choć inne źródła mówią o wosku z owadów i knocie z papieru ryżowego.

Świece służyły niegdyś nie tylko do oświetlania, ale i do wskazywania upływającego czasu. Posługiwała się nimi w ten sposób chińska dynastia Songów (960–1279) a także Alfred Wielki, jeden z najwybitniejszych królów wczesnej historii Anglii.

Świece łojowe powszechnie używane w czasach średniowiecza, dymiły i nie pachniały najlepiej. Ładnie pachnące i czysto się palące świece woskowe były drogie i przeznaczone do rytuałów religijnych.

Rewolucją stało się odkrycie stearyny przez Michela-Eugène Chevreul w 1823 roku wraz z odseparowaniem parafiny z ropy naftowej w 1850 roku.

Wynalezienie żarówki zepchnęło świece do sfery dekoracji.

W naszym domu świece z wosku pszczelego służą do oczyszczania powietrza (podobno wydzielają w procesie spalania jony ujemne) i ilustrowania bajek fantastycznymi cieniami !

ptak Mruczki
ptak Mruczki
pies Mruczozaura
pies Mruczozaura
pies Mruczki
pies Mruczki
hipopotam Mruczozaura
hipopotam Mruczozaura
królik Kociej Mamy
królik Kociej Mamy
łabądz Mruczki
łabądz Mruczki

środa, 13 listopada 2013

Pożyteczne skorupki

Za siedmioma górami, za siedmioma morzami, nad rzeką czystą jak kryształ, w zamku koloru piasku, mieszkała pewna księżniczka.

Była piękna i zdolna, lecz miała jedną wadę, która doprowadzała do rozpaczy jej królewskiej krwi rodziców.

Pasjami kolekcjonawała skorupki jaj kurzych.

Znana była z wybierania ich potajemnie z kubła na śmieci w królewskiej kuchni. Mimo, że strażnicy prześcigali się w wymyślaniu coraz to bardziej skompilikowanych sposobów na udaremnienie jej tego upokarzającego hobby, księżniczka ciągle powiększała swoje zbiory.

Na ścianach jej komnaty zamiast drogich obrazów w złotych ramach, wisiały własnoręcznie wykonane mozaiki ze skorupek, a okna zdobiły kwiatki w skorupkowych doniczkach.

Rodzice byli zrozpaczeni, gdy myśleli co powie na to jej przyszły małożonek, jeżeli taki w ogóle się znajdzie. Do pałacu wzywani byli najznakomitsi magowie, którzy jeden przez drugiego rzucali czarodziejskie zaklęcia na biedne dziewczę.

Nic nie pomagało.

Księżniczka nie miała zamiaru zarzucić swojej pasji.

Któregoś lata zdarzyło się jednak coś, co przyćmiło problem królewskiej rodziny.

Uprawy w kilku regionach królestwa zostały zaatakowane przez ślimaki nagie. Stworzenia te, bezlitośnie dziesiątkowały plony. Choć rolnicy stosawali zalecane przez radę królewską środki zapobiegawcze, liczba ślimaków wciąż wzrastała.

Krajowi groził głód.

Marnie by się to wszystko skończyło dla mieszkańców pięknego królestwa, gdyby nie księżniczka o dziwnych zainteresowaniach.

W ukryciu bowiem studiowała ona mądre księgi i wiedziała jak wiele pożytecznych zastosowań miały jej ukochane skorupki.

Wiedziała ona, że pokruszone skorupki są zabójcze dla ślimaków i że nadszedł czas by dowieść, że jej hobby mogło być w istocie powodem do dumy.

Zdeterminowana księżniczka wtargnęła któregoś poranka na obrady rady królewskiej i popierając swoje wywody licznymi cytatami z zacnych ksiąg dowiodła, że jedynym sposobem na uratowanie kraju od głodu będzie użycie skorupek jajek w celu wytępienia ślimactwa.

W ciągu kilku dni niebezpieczeństwo głodu zostało zażegnane, a po kilku tygodniach ślimaków już nie było.

Skorupki kurzych jaj znalazły swoje miejsce w herbie królestwa a liczni skrybowie spisali tę jakże niecodzienną historię.

Morał płynący z tej powieści: Trzymaj zawsze zapas skorupek, nigdy nie wiadomo kiedy ślimaki zaatakują!

P.S Zacne księgi z królewskiej biblioteki wspominały także o użyciu skorupek do przepychania zlewu, jako nawozu (jeżeli ziemi brak wapnia), do odstraszania kotów i saren (?), jako maseczek piękności (po pomieszaniu z białkiem) i jako dodatek żywnościowy przy osteoporozie.

Skorupki staną się może niedługo półproduktem do wytwarzania paliwa wodorowego i kolagenu!*

skorupkowa mozaika na spodzie z masy solnej ( prace pod dyrekcją Mruczki)
skorupkowa mozaika na spodzie z masy solnej ( prace pod dyrekcją Mruczki)

wtorek, 12 listopada 2013

"Ciemnobrzucha miłośniczka rosy" czyli Drosophila melanogaster

Atak był zupełnie niespodziewany.

Wczoraj zauważyłam już kilku czarnoodzianych osobników inspektujących teren za pomocą pary czerwonych oczu. Dzień, jednak, spędziliśmy poza domem, a po powrocie zarządziłam natychmiastowe udanie się do łóżek.

Rano kuchnia była już oblężona.

Lubię dojrzałe owoce. Nie tylko ja.

Muszka owocowa to owad długości 2-3 mm. Wywodzi się z Afryki Zachodniej, skąd rozprzestrzeniła się do Euroazji jakieś 6 tysięcy lat temu, w obu Amerykach gości od zaledwie 500 lat.

Żywi się nie tyle owocami, co rozwijającymi się na nich drożdzami, nie jest, więc w żadnym wypadku, szkodnikiem. Uważana jest za owada czystego i nie przyczyniającego się do roznoszenia chorób.

Okazuje się, że ten niepozorny owad, u którego 75% genów odpowiedzialnych za choroby, pokrywa się z tymi u człowieka, może przyczynić się do lepszego zrozumienia działania naszego organizmu.

Ze względu na krótki cykl życiowy (dzięki czemu całe pokolenia mogą być przebadane w ciągu kilku miesięcy) muszka owocowa używana jest jako gatunek modelowy już od ponad wieku. Thomas Hunt Morgan przyczynił się do wielu epokowych odkryć w dziedzinie genetyki w swoim Muszym Pokoju na Uniwersytecie Colombia w 1910 roku.

W chwili obecnej ponad 7 tysięcy naukowców przeprowadza badania na muszkach owocowych. Niektórzy dzięki muszkom doczekali się nawet Nagrody Nobla (Ed Lewis, Eric Weischaus and Christiane Nüsslein-Volhard za odkrycia z dziedziny genetyki w 1995 roku).

Muszki okazały się też przydatne w kosmosie. Ich pionierska podróż w 1947 roku dowiodła, że przeżycie na pokładzie promu kosmicznego jest możliwe.

Mimo, że przygotowałam już octową pułapkę na tą, zbyt liczną jak dla mnie populację,chylę czoła muszkom owocowym i ich badaczom.


Aktualizacja 

Pułapka nie wydaje się być zbyt skuteczną.

Oddam muszki owocowe w dobre ręce!

muszka owocowa samiczka (autor: Mruczka)
muszka owocowa samiczka (autor: Mruczka)
muszka (autorstwa Mruczki) leci w kosmos
muszka (autorstwa Mruczki) leci w kosmos

piątek, 8 listopada 2013

„Niektórzy spacerują w deszczu, inni tylko mokną” Roger Miller

Obudzona przez krople deszczu uderzające w szyby, poczułam chęć przeprowadzenia eksperymentu statystycznego (w głębi duszy muszę być statystykiem, szalenie miło wspominam zajęcia z tego przedmiotu na studiach).

Jako osoba z natury niecierpliwa, postanowiłam wybrać mój operat losowania ( czyli grupę na której będę pracawała) poprzez próbę celową, rzuciłam się więc na to, co (z całym szacunkiem) pod ręką.

Wybrałam moją rodzinę (teoretycznie wielodzietną, choć obawiam się, że nie na tyle, by wynik badania był statystycznie istotny) w jej części dziecięcej.

Hipoteza, podyktowana niechęcią do wystawienia nosa na dżdżysty jesienny poranek, przedstawiała się następująco: „Deszcz wpływa negatywnie na samopoczucie”.

Poddałam dzieciaki ostrzałowi pytań.

Z przeprowadzonej ankiety wynikło, że deszcz nie pogarsza samopoczucia mojego potomstwa i odbierany jest jako zjawisko pozytywne, a nieraz nawet wyczekiwane.

Zależne jest to wprost proporcjonalnie od wielkości kałurzy i temperatury powietrza i odwrotnie proporcjonalnie od prędkości wiatru. Odczucia pozytywne potęgowane są poprzez kolory kaloszy oraz kształt parasola.

Hipoteza została tym samym odrzucona.

Po namyśle, przyznaję kociakom racje. Sama z rozrzewnieniem wspominam kąpiele w jeziorze w czasie deszczu, mycie włosów pod rynną lub puszczanie papierowych łódeczek w gigantycznych (z perspektywy dziecka) kałurzach.

To nie deszcz nas przybija, ale raczej brak słońca. Te deszcze, które zachowałam w pamięci z dzieciństwa, to opady letnie, które nie zagrażały hegemonii (przynajmniej czasowej) słońca. Nie szkalujmy opadu atmosferycznego, tak potrzebnemu wszelkim żywym istotom.

Trzeba zidentyfikować wroga.

To SAD (Seasonal Affective Disorder). Zimowa depresja, która w mniejszym lub większym stopniu, dotyka wielu spośród nas zamieszkujących z dala od równika. Gdy ilość światła słonecznego ulega zmniejszeniu,co pociaga zwiększoną produkcję melatoniny, tak jak większość zwierząt, mamy ochotę spać dłużej, czyli po prostu hibernować.

Podobno, niegdyś pomagało to nam przetrwać okres, w którym żywność stawała się trudnodostępna. Obecnie, gdy żywności mamy (my szczęśliwcy z krajów rozwiniętych) w bród, taka jesienno-zimowa ospałość do nieczego nam nie służy. A bagatelizowana, może być niebezpieczna!

Mimo, że większość z nas nie może odlecieć na zimę do ciepłych krajów, nie jesteśmy wobec zimowej depresji zupelnie bezradni.

  • Spędzajmy jak najwięcej czasu na dworzu, szczególnie rano. Mimo chmur, wystawiamy się na światło o większej intensywości niż to wytwarzane przez domowe żarówki.

  • Wyzwólmy endorfiny poprzez uprawianie sportu (bez zbędnego przemęczania się), śmiech i jedzenie czekolady!

  • Zaopatrzmy się w lampę przeciwdepresyjną.

Macie jakieś sposoby na zimową depresję? Co sądzicie o tytułowym cytacie?

Mruczka i Mruczozaur wykonują taniec deszczu

środa, 6 listopada 2013

Orientalna przygoda

Gdy podchodzę, szklane drzwi rozsuwają się niemalże bezgłośnie, rozbrzmiewa pojedyńczy dzwonek i przenoszę się w świat orientu. Jestem w supermarkecie Nowa Azja.

Na moje „dzień dobry„ właściciel rzuca kilka dziwnie brzmiących sylab łypiąc na mnie nieufnym okiem. Matki z wózkami stanowią niezaprzeczalne niebezpieczeństwo dla porcelanowych miseczek piętrzących się na gęsto rozstawionych regałach. Choć równie dobrze jego obawa może wiązać się z przepastnością koszyka pod wózkiem, w którym z łatwością upchnełabym jakąś gęś z zamrażalki. Udaję, że jestem niewinna ( bo przecież jestem!!! ten chińczyk musiał chyba w KGB pracować?!) i skanuję bogactwo oferowanych produktów.

Na środku wylegują się brzuchate wory wszelkich odmian ryżu. Ciekawe na ile starcza przeciętnej azjackiej rodzinie taka 20-kilowa paczka?

Półki pod ścianą dają lokum prześcigającym się w urodzie tropikalnym owocom: papaji, mango, bananom liliputom, anonom, odurzająco pachnącym durionom.

Obok zaczyna się królestwo bulw: różne kolory słodkich ziemniaków, taro, ignam.

Świeże przyprawy i warzywa liściaste delektują się niskimi temperaturami lad chłodniczych. Tutaj zatrzymuję się i wymijając świńskie ogonki wybieram ładny kawałek masła Shea.

Z zamrażalek wychodzą kurczacze łapki i wypełzają ośmiornice. Kokosy w różych odsłonach zajmują kilka dobrych metrów kwadratowych.

Świeże orzechy, praktycznie pozbawione miąższu a wypełnione słodkawą wodą sąsiadują z wiórkami, olejem, lodami na bazie mleka kokosowego, kartonami tegoż, kokosową śmietaną etc.

Nieopodal octowe szaleństwo tłoczy się wraz z produktami fermentacji mlekowej: to tutaj zdają się kiełkować bambusy a wybór octu doprowadza do zawrotu głowy.

Sklep chiński straciłby honor bez swej kolekcji kluch, którą odkrywamy przedzierając się przez dział glonów i eleganckich drewnianych pałeczek.

Dotarcie do kasy oznacza przebycie gąszczu peruk ( przeznaczonych głównie dla klienteli afrykańskiej).

Tym razem zdecydowałam się na platany ( rodzaj bananów jedzonych, jak ziemniaki, po ugotowaniu), olej kokosowy i wcześniej wspomniane masło Shea.

Opuszczam tą namiastkę kontynentu azjatyckiego obmyślając strategię produkcji kremu dla Mruczusia. Egzema wróciła.

mały pomocnik
mały pomocnik
składniki na krem przeciw egzemie
składniki na krem przeciw egzemie
oleje i wosk pszczeli w kąpieli wodnej
oleje i wosk pszczeli w kąpieli wodnej
gotowy produkt
gotowy produkt
gotujemy platany
gotujemy platany

poniedziałek, 4 listopada 2013

Strach na tygrysy

Gdyby jakaś Panthera tigris okazała się na tyle sprytna i uciekła z pobliskiego zoo (znajdującego się w mieście La Fleche) przebiegła 50 kilometrow w kierunku południowo-zachodnim i zwabiona pięknem roślinności wkroczyła do Jardin des Plantes, w którego to sąsiedztwie mam zaszczyt zamieszkiwać, z pewnością, jeżeli tylko dać wiarę koreańskiej legendzie, by się przestraszyła.

Dlaczego?

Otóż w tym, niemalże maniakalnie zadbanym, ogrodzie w stylu angielskim rosną trzy drzewa Diospyros kaki ze swoimi pięknymi owocami, zwanymi poprostu kaki lub persymonami.

Jeżeli chodzi o legendę to było to tak:

Dawno temu pewna skośnooka matka nie mogąc uspokoić płaczącego dziecka, uciekła się do małopedagogicznej strategii zastraszenia mówiąc: „Bądź cicho, bo przyjdzie tygrys i cię zabierze!” Maluch zawył jeszcze głośniej z obawy przed pasiastą bestią. Wtedy rodzicielka wyciągnęła suchy owoc kaki i krzyknęła do swego potomka: „Zobacz kaki!” Dziecko przestało płakać. Rozmowę tę usłyszał tygrys i na myśl o tym tajemniczym kakim, który musiał przecież wyglądać wyjątkowo groźnie by uciszyć tak szybko dziecko, zadrżał. Tej samej nocy do domostwa dostał się złodziej i potknął sie o oddającego się drzemce tygrysa. Nagle obudzony zwierzak wpadł w panikę, myśląc, że atakuje go kaki i uciekł na dobre.

Kaki (albo hurma), które było mi dane odkryć na półwyspie Iberyjskim (jego produkcja ma podwoić się tam w ciągu przyszłch pięciu lat- kto wie może kaki wyciągnie Hiszpanię z kryzysu!) a wywodzące się z Chin jest drzewem niezwykle ozdobnym.

Jego urodę można podziwiać nawet, a może przede wszystkim na jesieni, gdy po stracie liści na drzewie pozostają tylko czerwone owoce (jeżeli damy im spokojnie dojrzeć). Mimo że czuje się najlepiej w klimacie śródziemnomorskim jest w stanie znieść niskie temperatury ( do -20 °C) i jest bardzo proste w uprawie.( Do dzieła ogrodnicy!) Zbiory zaczynają się we wrześniu i trwają aż do grudnia ( zależnie od klimatu i odmiany).

Gdy pozwolimy kakim osiągnąć pełną dojrzałość, miąższ ich przypomina galaretkę. Czyż Natura nie jest wspaniałomyślna?! Wystarczy rozkroić owoc (delikatnie, chyba, że tak jak mój najmłodszy kociak interesuje nas wykorzystanie miąższu jako balsamu do ciała wtedy śmiało rozbryzgujemy paćkę na powieszchni skóry) i skosztować nektar łyżeczką. Kaki spożywa się także po wysuszeniu. Niedyś Japończycy używali wysuszonych persymon jako cukru.

Te orientalne jabłka (lub jak niektórzy wolą, duże pomidory) nie są tylko prawdziwą ucztą dla naszych kubeczków smakowych ale i skoncentrowanym suplementem. Jest to przepastna kopalnia przeciwutleniaczy ( min. likopenu i witaminy c), przyczyniajaca się do obniżenia poziomu cholesterolu we krwi . Persymony są też, ze względu na zawarte w nich taniny postrachem wirusów, ukoją nas jeżeli padliśmy ofiarą grypy żolądkowej.

Uwaga na owoce niedojrzałe, ich spożycie w dużych ilościach może doprowadzić do wytworzenia się, w żoładku lub dalszym odcinku przewodu pokarmowego, kamieni zwanych bezoarami ( podobno coca-cola jest w stanie je rozpuścić!).

Zapraszam na wycieczkę do Jardin des Plantes w Angers w celu zobaczenia hurmy w całej swej okazałosci!

Owoce powinny być dostępne w supermarketach lub na bazarkach. Nie zwlekajcie, sezon kończy się za dwa miesiące!

Kaki z "mojego" ogrodu :)
Kaki z "mojego" ogrodu :)
Strach na tygrysy
jesienne śniadanie
jesienne śniadanie

czwartek, 31 października 2013

Halloween?!

Nie lubię widoku żebrzących dzieci. Nie mam w domu słodyczy (oprócz czekolady a i ta gorzka). Nie ma co do mnie przychodzić!!!

Jakoś nie mogę ogrzać się do tego całego Halloween...

Szkoda, bo tradycja to przecież długa wywodząca się od Celtów (którzy to stali się w jakimś stopniu rodziną odkąd Koci Tata, szczycący się rudą brodą, stał się Kocim Tatą, a Mruczka urodziła się w Dublinie).

Halloween przyszło do nas może z Ameryki, ale jego korzenie sięgają 2000 lat wstecz, kiedy święto to nazywało się Samhain.

Celtowie żegnali nim jasną część roku a witali tą ciemną.

Samhain trwało trzy dni przed i trzy dni po 31-szym października.

Był to czas-nie czas, który nie należał do żadnej z pór roku. Moment magiczny, kiedy to przyjazne i mniej przyjazne duchy mogły przedostać się do świata żywych.

Te dobre miały czuwać nad pomyślnym zakończeniem zbiorów i zejciem bydła z pastwisk. Częstowano je więc smakołykami.

Te złe musiały być odstraszane poprzez tańce, przebrania i ogniska.

Wraz z przyjęciem wiary chrześcijańkiej w IX wieku zwyczaje uległy zmianie i biedni odwiedzali w tym czasie tych bogatszych, którzy w zamian za obietnicę modlitwy w intencji zmarłych im bliskich obdarowywani byli „ciastami dusz”.

Wierzenia celtyckie miały duży wpływ na życie duchowe Słowian, czyli moich przodków. U jednych i drugich są one łudząco podobne.

Dziady, bo tak nazywa się słowiańskie Samhain, były obchodzone jednak kilka razy w roku (najważniejsze wiosną) między innymi także w okolicach końca października początku listopada.

Słowianie nie szukali tylko protekcji u zmarłych. Uważali, że żyjący mogą pomóc duszom zmarłch znaleść drogę do Nawii (zaświaty: wielka zielona równina – pastwisko, na które Weles,władzca zaświatów,wyprowadza dusze*).

Aby znalazły one drogę do domów bliskich rozpalano ogniska (ogień jest ważną częścią świąt dla obu kultur), przygotowywano dla nich potrawy i zbierano się w opuszczonych domach lub na cmentarzach wywoływując dusze znajdujące się w czyścu, oferując im w miarę możliwości to co potrzebne do osiągnięcia zbawienia.

Żebracy, poprzez modlitwę, mogli też pomóc zmarłym dlatego otrzymywali oni jedzenie (glównie chleb) w zamian za pomoc.

Nasze współczesne Halloween, na które to Amerykanie wydają rocznie 6 milardów dolarów, jest dla mnie chyba po prostu zbyt uproszczone.

Nie sądzę, abyśmy powinni oszczędzać naszym dzieciom tej może bardziej skomplikowanej (niż założenie kupionego w supermarkecie przebrania i wyciągnięcia ręki po cukierek), ale jakże interesującej tradycji.




*Andrzej Szyjewski: Religia Słowian. Kraków: Wydawnictwo WAM, 2004.

środa, 30 października 2013

U mnie jak w Rosji!

Pobudka przynosi nieraz dobre pomysły.

Zerkając na zegarek i przekalkulowując letni czas (zawsze zwlekam ze zmianą wskazówek i cyfr na czasomierzach) na obowiązujący obecnie zimowy dostałam przebłysku.

Jako mama freelance wcale nie muszę nic zmieniać!

Szkoła zacznie się dla nas (zostało nam jeszce kilka dni wakacji) poprostu o godzinę później. Mruczka (która jak każdy szanujący się kot nie lubi kłaść się spać wcześnie) będzie miała więcej czasu na wylegiwanie się rano w łóżku. Kocia Mama zyska dla siebie godzinę bezcennego spokoju i może wreszcie przeczyta jakąś książkę albo zacznie medytować!

To pomysł stulecia!

Niestety nie mogę przypisać sobie tutaj pionierstwa, gdyż Rosja wpadła na podobny pomysł w 2011 roku i już nie zawraca sobie głowy zmianą czasu.

Całe zegarowe szaleństwo zawdzięczamy Benjaminowi Franklinowi, który chciał oszczędzić świece. Obecnie życie komplikują sobie w ten sposób mieszkańcy 70 krajów świata, a podobno dużych zysków z tego nie ma, jeżeli w ogóle jakieś są. Jedyną niezaprzeczalną kwestią jest olbrzymi stres związany z wywróceniem naszych godzinowych przyzwyczajeń do góry nogami

.http://www.webexhibits.org/daylightsaving/franklin.html

poniedziałek, 28 października 2013

Stop torturze!!!

Dzisiaj zacznę od zagadki:

Co mają wspólnego rzeźnicy z epoki antycznego Egiptu, Katarzyna Medycejska, Ludwik XIV i Sarah Jessica Parker?

Wszyscy chodzili/chodzą w butach na obcasach!

Egipscy rzeźnicy zakładali je w celach praktycznych; obcasy chronił ich przed pobrudzeniem się szczątkami zwierząt. Reszta wdziewa/ła je w celu podkreślenia swej pozycji społecznej lub kobiecości.

Co ciekawe buty na obcasach były przeznaczone na początku tylko dla mężczyzn i wcale nie do chodzenia.

Do Europy zawędrowały poprzez wpływy perskie. To tamtejsi wojownicy wylansowali je używając ich w czasie bitew. Obcasy pomagały im utrzymywać równowagę potrzebną do strzelania z kuszy w czasie jazdy konnej. Obcasy stały się, tym samym symbolem męskości i europejskie elity oszalały na ich punkcie. Wkrótce kobiety zapragnęły dorównać mężczyznom i zaadoptowały te niewygodne ozdoby stóp.

Na początku XIX wieku Napoleon Bonaparte chcąc skończyć z podziałami społecznymi zakazał wywyższania się na obcasach.

Szpilki stały się znowu popularne za sprawą pornografii w połowie XIX wieku.

Buty na obcasach budzą we mnie litość. Szpilki gościły w mojej garderobie przez okres krótki i tylko zawodowo ( w czasie mojej przygody z przemysłem lotniczym). Nie byłam fanką! Zostałam zniechęcona do obcasów we wczesnej młodości przez instruktora jogi przestrzegającego przed tym obuwiem przyczynającym się do lordozy, przykurczu mięśnia Achillesa i haluksów.

Często spotykam dziewczyny chyboczące się, niebezpiecznie wyginjące stopy w kostce lub stawiające najpierw piętę łącząc to wszystko z bardzo zgiętymi kolanami. Jest to bolesne doświadczenie.

Jako pacyfistka solidaryzująca się z własną płcią nie mogę przejść (w butach na płaskiej podeszwie) obok tej tortury obojętnie.

Na blogach zajmujących się tematem powtarza się opinia, że szpilki podkreślają piękno nóg i pupy ( to zapewne tylko u kobiet umiejących wyciągnąć z nich to co najlepsze). Jednak według dr Nick’a Neave z Northumbria University mężczyźni nie zwracają większej uwagi na kobiety w szpilkach niż na te bez.

Osobiście zawsze wolałam, żeby mężczyźni widzieli we mnie najpierw inteligentną osobę a potem potencjalną kochankę, ale możliwe, że u samców poglądy są odwrotne (muszę przedyskutować ten temat z Kocim Tatą jak wróci z pracy).

Apeluję: Nie dajmy się więcej torturować! Wystarczy nam już przecież ta depilacja!

ulubione buty Kociej Mamy
ulubione buty Kociej Mamy
odpowiadają je kociej naturze
odpowiadają je kociej naturze

piątek, 25 października 2013

Dlaczego swędzą mnie stopy

Dźwięki, które obudziły mnie dzisiaj rano nie były w niczym podobne do tych budzących mnie każdego ranka. Nie był to sąsiad muzułmanin rzucający się na kolana (to sąsiad z piętra wyżej, więc owo rzucanie jest doskonale słyszalne) podczas swej porannej modlitwy, ani sprzątaczki dbajace o estetykę klatek schodowych. Nie byli to też śmieciarze opróżniający za pomocą dźwigu olbrzymie, podziemne kontenery.

Ktoś parkował tuż pod oknem (gdzie jest to zabronione).

Musiał to być trudny do zaparkowania wehikuł, bo jakiś męski głos wykrzykiwał polecenia: „Dawaj, jeszcze, już, stop!”

Nie wytrzymałam. Na palcach wymsknęłam się do dużego pokoju, podkręciłam roletę i wszystko zrozumiałam. Ciężarówki były dwie, a na ich tułowiach dumnie widniał napis „Panowie od przeprowadzek”.

Momentalnie złapał mnie skurcz zazdrości, przecież, to ja marzę o lepszym lokum!

Wziąwszy, jako pretekst konieczność sprawdzenia stopnia suchości wywieszonych na barierkach ubrań, wkroczyłam na balkon. Najnormalniejsza ludzka ciekawość kazała mi zorientować się, kto należy do tych szczęśliwców, zmieniających swoje M na (napewno) lepsze.

Kilkuminutowa obserwacja wystarczyła, bym doszła do wniosku, że ta przeprowadzka nie należała do tych godnych pozazdroszczenia. Wszędzie pełno było policji i ubranych w garnitury panów z teczkami nie spuszczającymi z oka, nawet na chwilę, całej sceny. Ktoś był wyrzucany na bruk!

Pranie było w dalszym ciągu mokre, więc oddałam się wspomnieniom.

Przeprowadzałam się kilka dobrych razy ( odkąd opuściłam dom rodzinny średnio co dwa lata). Raz chętnie, innymi razy czułam się wyrzucana. Doświadczenie nauczyło mnie, że nawet gdy jest to zmiana na lepsze, przeprowadzki nie są radosne. „Partir c’est mourir un peu” pisał francuski poeta i powieściopisarz Edmound Haraucourt. „Odchodząc cząstka nas umiera.” Mimo, że nie mogę długo usiedzieć w jednym miejscu podpisuję się pod tą myślą dwoma rękoma. Tęsknię za miejscami, które opuściłam, choć wiem, że powrót nie miałby sensu, gdyż nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Skąd ten mus przemieszczania się, skoro zmiana miejsca zamieszkania uważana jest za jedno z najbardziej stresujących wydarzeń, zaraz po śmierci partnera życiowego i rozwodzie? Migracje, mają różne oblicza i nie są zawsze powodowane koniecznościami zarobkowymi. Coraz więcej z nas cierpi na„chorabę cywilizacyjną” nazywaną w kręgach anglojęzycznych „itchy feet”, czyli swędzącymi stopami. Potrzebujemy zmian jak powietrza. Wydaje mi się, że Antoine, piosenkarz i podróżnik francuski dobrze oddaje to co czuję śpiewając:

Si partir rend souvent malheureux

Et si c'est toujours mourir un peu

Au contraire, je crois malgré tout

Que rester, c'est ne pas vivre du tout

(Jeżeli odchodzenie czyni nieszczęśliwym

zawsze zabijając w nas coś

wierzę, że pozostając, mimo wszystko

wcale nie żyjemy)

nieraz trzeba wszystko spakować i ruszyć...

środa, 23 października 2013

Syndrom glonojada i jak nie martwić się konsekwencjami

Jako dziecko marzyłam o rybkach. Czesto towarzyszyłam Agnieszce, szczęśliwej posiadaczce domowego akwenu wodnego w wyprawach do sklepu akwarystycznego. Tysiące rybek pływające w szklanych domach i miarowy szum dotleniaczy wprowadzały mnie w stan hipnozy.

Stworzeniami, które najbardziej mnie fascynowały były glonojady; ogoniaste istoty przyssane do szyb akwarium i żywiące się odkładającym tam osadem.

Przyssawanie się do szyb wydaje się być jeszcze jedną cechą dzieloną przez dzieci i ryby (oprócz braku głosu).

Mruczuś i Mruczozaur mają syndrom glonojada.

Syndrom ten, oprócz oczywistych konsekwencji estetycznych, charakteryzuje się ryzykiem przyswojenia przez młody organizm substancji chemicznych o niewiadomym lub co gorsze toksycznym działaniu.

Jeżeli wykryłaś/łeś ten syndrom u Twojego dziecka, nie panikuj!

Kocia Mama ma dla Ciebie radę.

Zjedz kawałek gorzkiej czekolady (żeby się nie denerwować) i leć do spożywczaka po ocet biały.

Mieszanka szklanki octu i 2 szklanek wody tworzą skuteczny i nieszkodliwy dla małych glonojadów płyn do mycia okien (bez spłukiwania!) Przy pierwszym stosowaniu dodaj kilka kropli płynu do mycia naczyń, niech szyby mają czas przyzwyczaić się do zmiany. Szybko poczują się jak ryby w wodzie namaszczone ekologicznym produktem.

Pozwólmy glonojadom oddawać się ich pasji!!!


Mruczka przygotowuje płyn do mycia okien
Mruczka przygotowuje płyn do mycia okien
Mruczozaur-glonojad
Mruczozaur-glonojad

niedziela, 20 października 2013

Wsiąść do pociągu bylejakiego, czyli koty jadą nad wodę.

Szum fal i smak słonej wody działa na naszą kocią rodzinę jak magnes. Jak tu oprzeć się pokusie gdy ocean, w całej swej okazałości, znajduje się tylko 140 km od domu. A pretekstów do pokonania tychże i stawienia się przed owym naturalnym fenomenem nie brakuje:

1. Chodzenie na bosaka po mokrym, nasyconym solą piasku wystawia nas na kontakt z polem elektrmagnetycznym Ziemi, które jest nam niezbędne do normalnego funkcjonowania w pełni zdrowia fizycznego i psychicznego. Sceptycy mogą przekonać się sami: zostawienie kilku odcisków stóp na plaży poprawia natychmiast samopoczucie.

2. Nawet kilkugodzinny pobyt nad morzem zapewnia nam odmładzającą dawkę jodu.

3. Woda morska jest magicznym lekarstwem na egzemę (jednak nie wszyscy egzematycy reagują na nią korzystnie). Skóra cierpiącego na egzemę Mruczusia ubóstwia ocean!

Mając to wszystko na uwadze, tej soboty kocia rodzina postanowiła uczcić urodziny Kociej Mamy na plaży w Pornic. Jako, ze przyszłość naszej planety leży nam wyjątkowo na sercu, jako środek transportu wybraliśmy pociąg. Jednodniowa wycieczka z trójką małych kociaków była mecząca, ale wrażenia niezapomniane. Do domu wróciliśmy ze skarbem: dwoma butelkami pełnymi oceanu!

Koci Tata z Mruczusiem i Mruczozaurem bawią się w falach
Koci Tata z Mruczusiem i Mruczozaurem bawią się w falach
Mruczka na tle portu w Pornic (przypływ)
Mruczka na tle portu w Pornic (przypływ)
Kocia Mama na tle tego samego portu dwie godziny wcześniej (odpływ)
Kocia Mama na tle tego samego portu dwie godziny wcześniej (odpływ)
Mruczuś opiera się zmęczeniu i nie chce robic sjesty
Mruczuś opiera się zmęczeniu i nie chce robic sjesty

piątek, 18 października 2013

Łaciata fascynacja

Jako mieszkance dużego miasta spędzającej wakacje dzieciństwa na mazowieckiej wsi łaciatosc w naturze kojarzyła mi się wyłącznie z krową.

Trzeba było aż wyjazdu na niższe szerokości geograficzne bym poznała inne stworzenie gustujące w podobnych wzorach.

Pewna salamandra plamista stała się codzienną ozdobą naszych ścian podczas niezapomnianego, ponadrocznego pobytu na 38°28'33” Północ, 1° 19' 19” Zachód.

Od tego czasu z tęsknotą wypatruję tej mistycznej istoty, o której wierzono, że czerpie swoja energię z ognia.

Salamandry w średniowieczu używane były jako odpowiednik współczesnej gaśnicy, twierdzono bowiem, ze rzucone w ogień są w stanie go ugasić poprzez lodowatość płynącej w nich krwi. Salamandra stała się z tego powodu, ( między innymi dla François I- szego, który uczynil z niej swoje godło) symbolem nieskazitelności moralnej. Ogień odzwierciedla tu zło i pokusy a niezwykła zdolność salamandry do przetrawania, niewinność.

Nasza towarzyszka musiala rzeczywiście mieć moc zduszania ognia , gdyż zarówno ona jak i my uszliśmy z życiem z pożaru, który strawił część naszego domostwa którejś ( na wieczność wyrytej w naszej pamięci) nocy.

Dlatego, gdy z jednego z polowań w sklepie dyskontowym wróciłam do domu z drewnianą salamandrą. poczułam się bezpieczniej, wzięta pod jej „skrzydła”.

Ustanawiam dzień dzisiejszy Dniem Salamandry i tymi skromnymi wyrobami naszych rak oddajemy jej hołd.

jadalna salamandra Mruczki (wegetariańska!)
jadalna salamandra Mruczki (wegetariańska!)
jesienne salamandry
jesienne salamandry
salamandra z masy solnej Kociej Mamy
salamandra z masy solnej Kociej Mamy
salamandra z masy solnej Mruczki
salamandra z masy solnej Mruczki