sobota, 16 listopada 2013
środa, 13 listopada 2013
Pożyteczne skorupki
Za siedmioma górami, za siedmioma morzami, nad rzeką czystą jak kryształ, w zamku koloru piasku, mieszkała pewna księżniczka.
Była piękna i zdolna, lecz miała jedną wadę, która doprowadzała do rozpaczy jej królewskiej krwi rodziców.
Pasjami kolekcjonawała skorupki jaj kurzych.
Znana była z wybierania ich potajemnie z kubła na śmieci w królewskiej kuchni. Mimo, że strażnicy prześcigali się w wymyślaniu coraz to bardziej skompilikowanych sposobów na udaremnienie jej tego upokarzającego hobby, księżniczka ciągle powiększała swoje zbiory.
Na ścianach jej komnaty zamiast drogich obrazów w złotych ramach, wisiały własnoręcznie wykonane mozaiki ze skorupek, a okna zdobiły kwiatki w skorupkowych doniczkach.
Rodzice byli zrozpaczeni, gdy myśleli co powie na to jej przyszły małożonek, jeżeli taki w ogóle się znajdzie. Do pałacu wzywani byli najznakomitsi magowie, którzy jeden przez drugiego rzucali czarodziejskie zaklęcia na biedne dziewczę.
Nic nie pomagało.
Księżniczka nie miała zamiaru zarzucić swojej pasji.
Któregoś lata zdarzyło się jednak coś, co przyćmiło problem królewskiej rodziny.
Uprawy w kilku regionach królestwa zostały zaatakowane przez ślimaki nagie. Stworzenia te, bezlitośnie dziesiątkowały plony. Choć rolnicy stosawali zalecane przez radę królewską środki zapobiegawcze, liczba ślimaków wciąż wzrastała.
Krajowi groził głód.
Marnie by się to wszystko skończyło dla mieszkańców pięknego królestwa, gdyby nie księżniczka o dziwnych zainteresowaniach.
W ukryciu bowiem studiowała ona mądre księgi i wiedziała jak wiele pożytecznych zastosowań miały jej ukochane skorupki.
Wiedziała ona, że pokruszone skorupki są zabójcze dla ślimaków i że nadszedł czas by dowieść, że jej hobby mogło być w istocie powodem do dumy.
Zdeterminowana księżniczka wtargnęła któregoś poranka na obrady rady królewskiej i popierając swoje wywody licznymi cytatami z zacnych ksiąg dowiodła, że jedynym sposobem na uratowanie kraju od głodu będzie użycie skorupek jajek w celu wytępienia ślimactwa.
W ciągu kilku dni niebezpieczeństwo głodu zostało zażegnane, a po kilku tygodniach ślimaków już nie było.
Skorupki kurzych jaj znalazły swoje miejsce w herbie królestwa a liczni skrybowie spisali tę jakże niecodzienną historię.
Morał płynący z tej powieści: Trzymaj zawsze zapas skorupek, nigdy nie wiadomo kiedy ślimaki zaatakują!
P.S Zacne księgi z królewskiej biblioteki wspominały także o użyciu skorupek do przepychania zlewu, jako nawozu (jeżeli ziemi brak wapnia), do odstraszania kotów i saren (?), jako maseczek piękności (po pomieszaniu z białkiem) i jako dodatek żywnościowy przy osteoporozie.
Skorupki staną się może niedługo półproduktem do wytwarzania paliwa wodorowego i kolagenu!*
szczegółowsze informacje na temat skorupek i ich energetycznego potencjału
wtorek, 12 listopada 2013
"Ciemnobrzucha miłośniczka rosy" czyli Drosophila melanogaster
Atak był zupełnie niespodziewany.
Wczoraj zauważyłam już kilku czarnoodzianych osobników inspektujących teren za pomocą pary czerwonych oczu. Dzień, jednak, spędziliśmy poza domem, a po powrocie zarządziłam natychmiastowe udanie się do łóżek.
Rano kuchnia była już oblężona.
Lubię dojrzałe owoce. Nie tylko ja.
Muszka owocowa to owad długości 2-3 mm. Wywodzi się z Afryki Zachodniej, skąd rozprzestrzeniła się do Euroazji jakieś 6 tysięcy lat temu, w obu Amerykach gości od zaledwie 500 lat.
Żywi się nie tyle owocami, co rozwijającymi się na nich drożdzami, nie jest, więc w żadnym wypadku, szkodnikiem. Uważana jest za owada czystego i nie przyczyniającego się do roznoszenia chorób.
Okazuje się, że ten niepozorny owad, u którego 75% genów odpowiedzialnych za choroby, pokrywa się z tymi u człowieka, może przyczynić się do lepszego zrozumienia działania naszego organizmu.
Ze względu na krótki cykl życiowy (dzięki czemu całe pokolenia mogą być przebadane w ciągu kilku miesięcy) muszka owocowa używana jest jako gatunek modelowy już od ponad wieku. Thomas Hunt Morgan przyczynił się do wielu epokowych odkryć w dziedzinie genetyki w swoim Muszym Pokoju na Uniwersytecie Colombia w 1910 roku.
W chwili obecnej ponad 7 tysięcy naukowców przeprowadza badania na muszkach owocowych. Niektórzy dzięki muszkom doczekali się nawet Nagrody Nobla (Ed Lewis, Eric Weischaus and Christiane Nüsslein-Volhard za odkrycia z dziedziny genetyki w 1995 roku).
Muszki okazały się też przydatne w kosmosie. Ich pionierska podróż w 1947 roku dowiodła, że przeżycie na pokładzie promu kosmicznego jest możliwe.
Mimo, że przygotowałam już octową pułapkę na tą, zbyt liczną jak dla mnie populację,chylę czoła muszkom owocowym i ich badaczom.
Aktualizacja
Pułapka nie wydaje się być zbyt skuteczną.
Oddam muszki owocowe w dobre ręce!
piątek, 8 listopada 2013
„Niektórzy spacerują w deszczu, inni tylko mokną” Roger Miller
Obudzona przez krople deszczu uderzające w szyby, poczułam chęć przeprowadzenia eksperymentu statystycznego (w głębi duszy muszę być statystykiem, szalenie miło wspominam zajęcia z tego przedmiotu na studiach).
Jako osoba z natury niecierpliwa, postanowiłam wybrać mój operat losowania ( czyli grupę na której będę pracawała) poprzez próbę celową, rzuciłam się więc na to, co (z całym szacunkiem) pod ręką.
Wybrałam moją rodzinę (teoretycznie wielodzietną, choć obawiam się, że nie na tyle, by wynik badania był statystycznie istotny) w jej części dziecięcej.
Hipoteza, podyktowana niechęcią do wystawienia nosa na dżdżysty jesienny poranek, przedstawiała się następująco: „Deszcz wpływa negatywnie na samopoczucie”.
Poddałam dzieciaki ostrzałowi pytań.
Z przeprowadzonej ankiety wynikło, że deszcz nie pogarsza samopoczucia mojego potomstwa i odbierany jest jako zjawisko pozytywne, a nieraz nawet wyczekiwane.
Zależne jest to wprost proporcjonalnie od wielkości kałurzy i temperatury powietrza i odwrotnie proporcjonalnie od prędkości wiatru. Odczucia pozytywne potęgowane są poprzez kolory kaloszy oraz kształt parasola.
Hipoteza została tym samym odrzucona.
Po namyśle, przyznaję kociakom racje. Sama z rozrzewnieniem wspominam kąpiele w jeziorze w czasie deszczu, mycie włosów pod rynną lub puszczanie papierowych łódeczek w gigantycznych (z perspektywy dziecka) kałurzach.
To nie deszcz nas przybija, ale raczej brak słońca. Te deszcze, które zachowałam w pamięci z dzieciństwa, to opady letnie, które nie zagrażały hegemonii (przynajmniej czasowej) słońca. Nie szkalujmy opadu atmosferycznego, tak potrzebnemu wszelkim żywym istotom.
Trzeba zidentyfikować wroga.
To SAD (Seasonal Affective Disorder). Zimowa depresja, która w mniejszym lub większym stopniu, dotyka wielu spośród nas zamieszkujących z dala od równika. Gdy ilość światła słonecznego ulega zmniejszeniu,co pociaga zwiększoną produkcję melatoniny, tak jak większość zwierząt, mamy ochotę spać dłużej, czyli po prostu hibernować.
Podobno, niegdyś pomagało to nam przetrwać okres, w którym żywność stawała się trudnodostępna. Obecnie, gdy żywności mamy (my szczęśliwcy z krajów rozwiniętych) w bród, taka jesienno-zimowa ospałość do nieczego nam nie służy. A bagatelizowana, może być niebezpieczna!
Mimo, że większość z nas nie może odlecieć na zimę do ciepłych krajów, nie jesteśmy wobec zimowej depresji zupelnie bezradni.
- Spędzajmy jak najwięcej czasu na dworzu, szczególnie rano. Mimo chmur, wystawiamy się na światło o większej intensywości niż to wytwarzane przez domowe żarówki.
- Wyzwólmy endorfiny poprzez uprawianie sportu (bez zbędnego przemęczania się), śmiech i jedzenie czekolady!
- Zaopatrzmy się w lampę przeciwdepresyjną.
Macie jakieś sposoby na zimową depresję? Co sądzicie o tytułowym cytacie?
środa, 6 listopada 2013
Orientalna przygoda
Gdy podchodzę, szklane drzwi rozsuwają się niemalże bezgłośnie, rozbrzmiewa pojedyńczy dzwonek i przenoszę się w świat orientu. Jestem w supermarkecie Nowa Azja.
Na moje „dzień dobry„ właściciel rzuca kilka dziwnie brzmiących sylab łypiąc na mnie nieufnym okiem. Matki z wózkami stanowią niezaprzeczalne niebezpieczeństwo dla porcelanowych miseczek piętrzących się na gęsto rozstawionych regałach. Choć równie dobrze jego obawa może wiązać się z przepastnością koszyka pod wózkiem, w którym z łatwością upchnełabym jakąś gęś z zamrażalki. Udaję, że jestem niewinna ( bo przecież jestem!!! ten chińczyk musiał chyba w KGB pracować?!) i skanuję bogactwo oferowanych produktów.
Na środku wylegują się brzuchate wory wszelkich odmian ryżu. Ciekawe na ile starcza przeciętnej azjackiej rodzinie taka 20-kilowa paczka?
Półki pod ścianą dają lokum prześcigającym się w urodzie tropikalnym owocom: papaji, mango, bananom liliputom, anonom, odurzająco pachnącym durionom.
Obok zaczyna się królestwo bulw: różne kolory słodkich ziemniaków, taro, ignam.
Świeże przyprawy i warzywa liściaste delektują się niskimi temperaturami lad chłodniczych. Tutaj zatrzymuję się i wymijając świńskie ogonki wybieram ładny kawałek masła Shea.
Z zamrażalek wychodzą kurczacze łapki i wypełzają ośmiornice. Kokosy w różych odsłonach zajmują kilka dobrych metrów kwadratowych.
Świeże orzechy, praktycznie pozbawione miąższu a wypełnione słodkawą wodą sąsiadują z wiórkami, olejem, lodami na bazie mleka kokosowego, kartonami tegoż, kokosową śmietaną etc.
Nieopodal octowe szaleństwo tłoczy się wraz z produktami fermentacji mlekowej: to tutaj zdają się kiełkować bambusy a wybór octu doprowadza do zawrotu głowy.
Sklep chiński straciłby honor bez swej kolekcji kluch, którą odkrywamy przedzierając się przez dział glonów i eleganckich drewnianych pałeczek.
Dotarcie do kasy oznacza przebycie gąszczu peruk ( przeznaczonych głównie dla klienteli afrykańskiej).
Tym razem zdecydowałam się na platany ( rodzaj bananów jedzonych, jak ziemniaki, po ugotowaniu), olej kokosowy i wcześniej wspomniane masło Shea.
Opuszczam tą namiastkę kontynentu azjatyckiego obmyślając strategię produkcji kremu dla Mruczusia. Egzema wróciła.
poniedziałek, 4 listopada 2013
Strach na tygrysy
Gdyby jakaś Panthera tigris okazała się na tyle sprytna i uciekła z pobliskiego zoo (znajdującego się w mieście La Fleche) przebiegła 50 kilometrow w kierunku południowo-zachodnim i zwabiona pięknem roślinności wkroczyła do Jardin des Plantes, w którego to sąsiedztwie mam zaszczyt zamieszkiwać, z pewnością, jeżeli tylko dać wiarę koreańskiej legendzie, by się przestraszyła.
Dlaczego?
Otóż w tym, niemalże maniakalnie zadbanym, ogrodzie w stylu angielskim rosną trzy drzewa Diospyros kaki ze swoimi pięknymi owocami, zwanymi poprostu kaki lub persymonami.
Jeżeli chodzi o legendę to było to tak:
Dawno temu pewna skośnooka matka nie mogąc uspokoić płaczącego dziecka, uciekła się do małopedagogicznej strategii zastraszenia mówiąc: „Bądź cicho, bo przyjdzie tygrys i cię zabierze!” Maluch zawył jeszcze głośniej z obawy przed pasiastą bestią. Wtedy rodzicielka wyciągnęła suchy owoc kaki i krzyknęła do swego potomka: „Zobacz kaki!” Dziecko przestało płakać. Rozmowę tę usłyszał tygrys i na myśl o tym tajemniczym kakim, który musiał przecież wyglądać wyjątkowo groźnie by uciszyć tak szybko dziecko, zadrżał. Tej samej nocy do domostwa dostał się złodziej i potknął sie o oddającego się drzemce tygrysa. Nagle obudzony zwierzak wpadł w panikę, myśląc, że atakuje go kaki i uciekł na dobre.
Kaki (albo hurma), które było mi dane odkryć na półwyspie Iberyjskim (jego produkcja ma podwoić się tam w ciągu przyszłch pięciu lat- kto wie może kaki wyciągnie Hiszpanię z kryzysu!) a wywodzące się z Chin jest drzewem niezwykle ozdobnym.
Jego urodę można podziwiać nawet, a może przede wszystkim na jesieni, gdy po stracie liści na drzewie pozostają tylko czerwone owoce (jeżeli damy im spokojnie dojrzeć). Mimo że czuje się najlepiej w klimacie śródziemnomorskim jest w stanie znieść niskie temperatury ( do -20 °C) i jest bardzo proste w uprawie.( Do dzieła ogrodnicy!) Zbiory zaczynają się we wrześniu i trwają aż do grudnia ( zależnie od klimatu i odmiany).
Gdy pozwolimy kakim osiągnąć pełną dojrzałość, miąższ ich przypomina galaretkę. Czyż Natura nie jest wspaniałomyślna?! Wystarczy rozkroić owoc (delikatnie, chyba, że tak jak mój najmłodszy kociak interesuje nas wykorzystanie miąższu jako balsamu do ciała wtedy śmiało rozbryzgujemy paćkę na powieszchni skóry) i skosztować nektar łyżeczką. Kaki spożywa się także po wysuszeniu. Niedyś Japończycy używali wysuszonych persymon jako cukru.
Te orientalne jabłka (lub jak niektórzy wolą, duże pomidory) nie są tylko prawdziwą ucztą dla naszych kubeczków smakowych ale i skoncentrowanym suplementem. Jest to przepastna kopalnia przeciwutleniaczy ( min. likopenu i witaminy c), przyczyniajaca się do obniżenia poziomu cholesterolu we krwi . Persymony są też, ze względu na zawarte w nich taniny postrachem wirusów, ukoją nas jeżeli padliśmy ofiarą grypy żolądkowej.
Uwaga na owoce niedojrzałe, ich spożycie w dużych ilościach może doprowadzić do wytworzenia się, w żoładku lub dalszym odcinku przewodu pokarmowego, kamieni zwanych bezoarami ( podobno coca-cola jest w stanie je rozpuścić!).
Zapraszam na wycieczkę do Jardin des Plantes w Angers w celu zobaczenia hurmy w całej swej okazałosci!
Owoce powinny być dostępne w supermarketach lub na bazarkach. Nie zwlekajcie, sezon kończy się za dwa miesiące!
Abstract Tannins, plant-derived polyphenols and other related compounds, have been utilized for a long time in many fields such as the food industry and manufacturing. In this study, we investigated
http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC3555825/
Subskrybuj:
Posty (Atom)