czwartek, 31 października 2013
środa, 30 października 2013
U mnie jak w Rosji!
Pobudka przynosi nieraz dobre pomysły.
Zerkając na zegarek i przekalkulowując letni czas (zawsze zwlekam ze zmianą wskazówek i cyfr na czasomierzach) na obowiązujący obecnie zimowy dostałam przebłysku.
Jako mama freelance wcale nie muszę nic zmieniać!
Szkoła zacznie się dla nas (zostało nam jeszce kilka dni wakacji) poprostu o godzinę później. Mruczka (która jak każdy szanujący się kot nie lubi kłaść się spać wcześnie) będzie miała więcej czasu na wylegiwanie się rano w łóżku. Kocia Mama zyska dla siebie godzinę bezcennego spokoju i może wreszcie przeczyta jakąś książkę albo zacznie medytować!
To pomysł stulecia!
Niestety nie mogę przypisać sobie tutaj pionierstwa, gdyż Rosja wpadła na podobny pomysł w 2011 roku i już nie zawraca sobie głowy zmianą czasu.
Całe zegarowe szaleństwo zawdzięczamy Benjaminowi Franklinowi, który chciał oszczędzić świece. Obecnie życie komplikują sobie w ten sposób mieszkańcy 70 krajów świata, a podobno dużych zysków z tego nie ma, jeżeli w ogóle jakieś są. Jedyną niezaprzeczalną kwestią jest olbrzymi stres związany z wywróceniem naszych godzinowych przyzwyczajeń do góry nogami
.http://www.webexhibits.org/daylightsaving/franklin.html
poniedziałek, 28 października 2013
Stop torturze!!!
Dzisiaj zacznę od zagadki:
Co mają wspólnego rzeźnicy z epoki antycznego Egiptu, Katarzyna Medycejska, Ludwik XIV i Sarah Jessica Parker?
Wszyscy chodzili/chodzą w butach na obcasach!
Egipscy rzeźnicy zakładali je w celach praktycznych; obcasy chronił ich przed pobrudzeniem się szczątkami zwierząt. Reszta wdziewa/ła je w celu podkreślenia swej pozycji społecznej lub kobiecości.
Co ciekawe buty na obcasach były przeznaczone na początku tylko dla mężczyzn i wcale nie do chodzenia.
Do Europy zawędrowały poprzez wpływy perskie. To tamtejsi wojownicy wylansowali je używając ich w czasie bitew. Obcasy pomagały im utrzymywać równowagę potrzebną do strzelania z kuszy w czasie jazdy konnej. Obcasy stały się, tym samym symbolem męskości i europejskie elity oszalały na ich punkcie. Wkrótce kobiety zapragnęły dorównać mężczyznom i zaadoptowały te niewygodne ozdoby stóp.
Na początku XIX wieku Napoleon Bonaparte chcąc skończyć z podziałami społecznymi zakazał wywyższania się na obcasach.
Szpilki stały się znowu popularne za sprawą pornografii w połowie XIX wieku.
Buty na obcasach budzą we mnie litość. Szpilki gościły w mojej garderobie przez okres krótki i tylko zawodowo ( w czasie mojej przygody z przemysłem lotniczym). Nie byłam fanką! Zostałam zniechęcona do obcasów we wczesnej młodości przez instruktora jogi przestrzegającego przed tym obuwiem przyczynającym się do lordozy, przykurczu mięśnia Achillesa i haluksów.
Często spotykam dziewczyny chyboczące się, niebezpiecznie wyginjące stopy w kostce lub stawiające najpierw piętę łącząc to wszystko z bardzo zgiętymi kolanami. Jest to bolesne doświadczenie.
Jako pacyfistka solidaryzująca się z własną płcią nie mogę przejść (w butach na płaskiej podeszwie) obok tej tortury obojętnie.
Na blogach zajmujących się tematem powtarza się opinia, że szpilki podkreślają piękno nóg i pupy ( to zapewne tylko u kobiet umiejących wyciągnąć z nich to co najlepsze). Jednak według dr Nick’a Neave z Northumbria University mężczyźni nie zwracają większej uwagi na kobiety w szpilkach niż na te bez.
Osobiście zawsze wolałam, żeby mężczyźni widzieli we mnie najpierw inteligentną osobę a potem potencjalną kochankę, ale możliwe, że u samców poglądy są odwrotne (muszę przedyskutować ten temat z Kocim Tatą jak wróci z pracy).
Apeluję: Nie dajmy się więcej torturować! Wystarczy nam już przecież ta depilacja!
piątek, 25 października 2013
Dlaczego swędzą mnie stopy
Dźwięki, które obudziły mnie dzisiaj rano nie były w niczym podobne do tych budzących mnie każdego ranka. Nie był to sąsiad muzułmanin rzucający się na kolana (to sąsiad z piętra wyżej, więc owo rzucanie jest doskonale słyszalne) podczas swej porannej modlitwy, ani sprzątaczki dbajace o estetykę klatek schodowych. Nie byli to też śmieciarze opróżniający za pomocą dźwigu olbrzymie, podziemne kontenery.
Ktoś parkował tuż pod oknem (gdzie jest to zabronione).
Musiał to być trudny do zaparkowania wehikuł, bo jakiś męski głos wykrzykiwał polecenia: „Dawaj, jeszcze, już, stop!”
Nie wytrzymałam. Na palcach wymsknęłam się do dużego pokoju, podkręciłam roletę i wszystko zrozumiałam. Ciężarówki były dwie, a na ich tułowiach dumnie widniał napis „Panowie od przeprowadzek”.
Momentalnie złapał mnie skurcz zazdrości, przecież, to ja marzę o lepszym lokum!
Wziąwszy, jako pretekst konieczność sprawdzenia stopnia suchości wywieszonych na barierkach ubrań, wkroczyłam na balkon. Najnormalniejsza ludzka ciekawość kazała mi zorientować się, kto należy do tych szczęśliwców, zmieniających swoje M na (napewno) lepsze.
Kilkuminutowa obserwacja wystarczyła, bym doszła do wniosku, że ta przeprowadzka nie należała do tych godnych pozazdroszczenia. Wszędzie pełno było policji i ubranych w garnitury panów z teczkami nie spuszczającymi z oka, nawet na chwilę, całej sceny. Ktoś był wyrzucany na bruk!
Pranie było w dalszym ciągu mokre, więc oddałam się wspomnieniom.
Przeprowadzałam się kilka dobrych razy ( odkąd opuściłam dom rodzinny średnio co dwa lata). Raz chętnie, innymi razy czułam się wyrzucana. Doświadczenie nauczyło mnie, że nawet gdy jest to zmiana na lepsze, przeprowadzki nie są radosne. „Partir c’est mourir un peu” pisał francuski poeta i powieściopisarz Edmound Haraucourt. „Odchodząc cząstka nas umiera.” Mimo, że nie mogę długo usiedzieć w jednym miejscu podpisuję się pod tą myślą dwoma rękoma. Tęsknię za miejscami, które opuściłam, choć wiem, że powrót nie miałby sensu, gdyż nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Skąd ten mus przemieszczania się, skoro zmiana miejsca zamieszkania uważana jest za jedno z najbardziej stresujących wydarzeń, zaraz po śmierci partnera życiowego i rozwodzie? Migracje, mają różne oblicza i nie są zawsze powodowane koniecznościami zarobkowymi. Coraz więcej z nas cierpi na„chorabę cywilizacyjną” nazywaną w kręgach anglojęzycznych „itchy feet”, czyli swędzącymi stopami. Potrzebujemy zmian jak powietrza. Wydaje mi się, że Antoine, piosenkarz i podróżnik francuski dobrze oddaje to co czuję śpiewając:
Si partir rend souvent malheureux
Et si c'est toujours mourir un peu
Au contraire, je crois malgré tout
Que rester, c'est ne pas vivre du tout
(Jeżeli odchodzenie czyni nieszczęśliwym
zawsze zabijając w nas coś
wierzę, że pozostając, mimo wszystko
wcale nie żyjemy)
środa, 23 października 2013
Syndrom glonojada i jak nie martwić się konsekwencjami
Jako dziecko marzyłam o rybkach. Czesto towarzyszyłam Agnieszce, szczęśliwej posiadaczce domowego akwenu wodnego w wyprawach do sklepu akwarystycznego. Tysiące rybek pływające w szklanych domach i miarowy szum dotleniaczy wprowadzały mnie w stan hipnozy.
Stworzeniami, które najbardziej mnie fascynowały były glonojady; ogoniaste istoty przyssane do szyb akwarium i żywiące się odkładającym tam osadem.
Przyssawanie się do szyb wydaje się być jeszcze jedną cechą dzieloną przez dzieci i ryby (oprócz braku głosu).
Mruczuś i Mruczozaur mają syndrom glonojada.
Syndrom ten, oprócz oczywistych konsekwencji estetycznych, charakteryzuje się ryzykiem przyswojenia przez młody organizm substancji chemicznych o niewiadomym lub co gorsze toksycznym działaniu.
Jeżeli wykryłaś/łeś ten syndrom u Twojego dziecka, nie panikuj!
Kocia Mama ma dla Ciebie radę.
Zjedz kawałek gorzkiej czekolady (żeby się nie denerwować) i leć do spożywczaka po ocet biały.
Mieszanka szklanki octu i 2 szklanek wody tworzą skuteczny i nieszkodliwy dla małych glonojadów płyn do mycia okien (bez spłukiwania!) Przy pierwszym stosowaniu dodaj kilka kropli płynu do mycia naczyń, niech szyby mają czas przyzwyczaić się do zmiany. Szybko poczują się jak ryby w wodzie namaszczone ekologicznym produktem.
Pozwólmy glonojadom oddawać się ich pasji!!!
niedziela, 20 października 2013
Wsiąść do pociągu bylejakiego, czyli koty jadą nad wodę.
Szum fal i smak słonej wody działa na naszą kocią rodzinę jak magnes. Jak tu oprzeć się pokusie gdy ocean, w całej swej okazałości, znajduje się tylko 140 km od domu. A pretekstów do pokonania tychże i stawienia się przed owym naturalnym fenomenem nie brakuje:
1. Chodzenie na bosaka po mokrym, nasyconym solą piasku wystawia nas na kontakt z polem elektrmagnetycznym Ziemi, które jest nam niezbędne do normalnego funkcjonowania w pełni zdrowia fizycznego i psychicznego. Sceptycy mogą przekonać się sami: zostawienie kilku odcisków stóp na plaży poprawia natychmiast samopoczucie.
2. Nawet kilkugodzinny pobyt nad morzem zapewnia nam odmładzającą dawkę jodu.
3. Woda morska jest magicznym lekarstwem na egzemę (jednak nie wszyscy egzematycy reagują na nią korzystnie). Skóra cierpiącego na egzemę Mruczusia ubóstwia ocean!
Mając to wszystko na uwadze, tej soboty kocia rodzina postanowiła uczcić urodziny Kociej Mamy na plaży w Pornic. Jako, ze przyszłość naszej planety leży nam wyjątkowo na sercu, jako środek transportu wybraliśmy pociąg. Jednodniowa wycieczka z trójką małych kociaków była mecząca, ale wrażenia niezapomniane. Do domu wróciliśmy ze skarbem: dwoma butelkami pełnymi oceanu!
piątek, 18 października 2013
Łaciata fascynacja
Jako mieszkance dużego miasta spędzającej wakacje dzieciństwa na mazowieckiej wsi łaciatosc w naturze kojarzyła mi się wyłącznie z krową.
Trzeba było aż wyjazdu na niższe szerokości geograficzne bym poznała inne stworzenie gustujące w podobnych wzorach.
Pewna salamandra plamista stała się codzienną ozdobą naszych ścian podczas niezapomnianego, ponadrocznego pobytu na 38°28'33” Północ, 1° 19' 19” Zachód.
Od tego czasu z tęsknotą wypatruję tej mistycznej istoty, o której wierzono, że czerpie swoja energię z ognia.
Salamandry w średniowieczu używane były jako odpowiednik współczesnej gaśnicy, twierdzono bowiem, ze rzucone w ogień są w stanie go ugasić poprzez lodowatość płynącej w nich krwi. Salamandra stała się z tego powodu, ( między innymi dla François I- szego, który uczynil z niej swoje godło) symbolem nieskazitelności moralnej. Ogień odzwierciedla tu zło i pokusy a niezwykła zdolność salamandry do przetrawania, niewinność.
Nasza towarzyszka musiala rzeczywiście mieć moc zduszania ognia , gdyż zarówno ona jak i my uszliśmy z życiem z pożaru, który strawił część naszego domostwa którejś ( na wieczność wyrytej w naszej pamięci) nocy.
Dlatego, gdy z jednego z polowań w sklepie dyskontowym wróciłam do domu z drewnianą salamandrą. poczułam się bezpieczniej, wzięta pod jej „skrzydła”.
Ustanawiam dzień dzisiejszy Dniem Salamandry i tymi skromnymi wyrobami naszych rak oddajemy jej hołd.
środa, 16 października 2013
Znalazłam guzik
Dlaczego leżał właśnie tam i czekał żebym go podniosła ?
Pewnego dżdżystego sobotniego poranka wracałam z Mruczką i Mruczozaurem z zakupów na bazarku ciągnąc wózek wypchany warzywnymi wiktuałami. Siatka ostryg zwisła mi na palcach lewej ręki, którą to (ręką) probowałam jednocześnie obronić się przed ( uporczywie) ograniczającymi widoczność kroplami słoty.
Myślałam tylko o jednym: dotrzec do domu.
Los jednak chciał by wzrok mój padł na sporej wielkości czarny guzik nieszczęśliwie spoczywajacy na mokrej i nadgryzionej zębem czasu nawieszchni chodnika ( kwestia chodników nie wydaje sie być priorytetem władz miasta Angers). Matczyny instynkt kazał mi go natychmiast zaadoptować.
W domu po włożeniu ostryg do lodówki, a nakarmionego Mruczusia do łóżka na sjestę, sięgnęłam po poprute lniane spodnie Mruczozaura i jego niespieralnie poplamioną bluzkę. Ze zdeterminowaniem, ale jednak pewna nieśmiałością wyciągnęłam z szafy wnękowej ( niech Bóg ma w opiece Angers Loire Habitat za te szafy wnękowe) maszynę do szycia ( prezent od rodziców Kociego Taty).
Stworzenie kopertowej saszetki, która to nadała sens istnienia bezdomnemu guzikowi nie trwało więcej niż instalacja modemu internetowego ( specjalista od instalacji przyszedł gdy sięgałam po surowce).
Mruczka natchniona nie rozstała się z igłą i nitką przez cały dzień tworząc garderobę dla swojej maskotki Kiki.
wtorek, 15 października 2013
Kocia Mama się przedstawia
Nie lubię :
• Być zaskoczoną przez pająka, jak zbieram jeżyny (takiego z włochatymi kończynami, pięciokątnym odwłokiem i wystającymi zębami !)
• Szczypaw w łóżku (nieraz wchodzą z praniem, które suszyło się na balkonie)
• Wycierania naczyń do sucha
• Mokrych ścierek ( od wyżej wspomnianego wycierania) leżących na zlewie
• Deszczu, kiedy jest zimno
• Zimnych uszu (u siebie)
• Centrów handlowych
Lubię:
• Słońce
• Wodę z cytryną i sodą
• Zapach deszczu (gdy nie jest zimno)
• Obudzić sie wcześnie i nie być zmęczoną (mieć czas coś porobić, w ciszy, zanim urwisy wstaną)
• Wrócić do dobrze wysprzątanego mieszkania
• Chodzić na bosaka
• Spacery ( musiałam być psem w poprzednim wcieleniu)
• Pływać (tym razem żabką)
• Lotniska ( nawet praca w Aerlingusie nie była w stanie zabić we mnie tej sympatii)
• Pociagi (oprócz tych, którymi wracałam ze Wschodniego w czasie studiów)
• Mieć do kogo gadać ( i żeby chociaż trochę słuchał)
poniedziałek, 14 października 2013
Kocia Mama przedstawia rodzinę.
Mruczka to siedmioletni urwis, który lubi księżniczki, tańczyć i rysować oraz języki (nie takie znowu) obce.
Mruczozaur ma cztery lata, stado dinozaurów, różnego rodzaju środki lokomocji oraz drapieżniki, głównie lwy (solidaryzujemy się z kuzynami!) . Lubi śpiewać i jeść daktyle.
Hobby rocznego Mruczusia to wolna wspinaczka, wrzucanie wszystkiego na ząb i granie na gitarze. Nie pogardzi też dobrą myszką (komputerową).
Koci tata jest specjalistą od nowych technologii i muzykiem amatorem. Lubi krewetki i spać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


